Przez 74 lata Czechy i Słowacja stanowiły jedność
Przez 74 lata Czechy i Słowacja stanowiły jedność. Pierwszego stycznia 1993 nastąpił podział Czechosłowacji, słynny w świecie jako niewiarygodnie wprost „miękki”, ugodowy i gładki podział państwa. Jeszcze w lipcu 1992 roku nowy przewodniczący Słowackiej Rady Narodowej doc. dr Ivan Gaszprowicz zapewniał, że do rozpadu Czechosłowacji „wcale nie musi dojść”, a w październiku premier rządu federalnego
Jan Straski już mniej optymistycznie twierdził: „Patrzymy na rozpad federacji, ale nie mamy wcale poczucia nieodwracalności”. A jednak był to proces nieodwracalny. Codziennie likwidowano kolejne wspólne instytucje, organizacje, mechanizmy, przedsiębiorstwa. Dzielono skrupulatnie wszystko: od ropociągu poprzez majątek telewizji, aż do bębnów
w orkiestrze prezydenckiej świty. 15 grudnia Straski rozłożył ręce: „Na dobrą sprawę już nie mam co robić”. Podzielić państwo i jego majątek tak szybko i bez większych konfliktów – tego jeszcze świat nie widział.
Ostatnie dni federacji to dni wbrew uśmiechom premierów obu nowych, niepodległych państw – bardzo smutne. Okazało się, że wielu, bardzo wielu ludzi czuje się Czecho-Słowakami i chciałoby nimi pozostać. To również dni doniesień z Pilzna, Ostrawy, Czeskich Budziejowic o coraz większej liczbie Słowaków (zwłaszcza Romów) chcących zdążyć przed „dead line ” i uzyskać – po przedłożeniu odpowiednich dokumentów – obywatelstwo czeskie. Tym bardziej, że prognozy były bolesne: „Ziemie na zachód od granicznej rzeki Morawy dotknie bezrobocie zaledwie 6,8-procentowe, podczas gdy na Słowacji należy się liczyć z 17,2-procentowym”. Najsmutniejsze dla Słowacji chyba były ucieczki intelektualistów, bojących się ówczesnej władzy słowackiej nazywanej autokratyczną, próbującej podporządkować sobie mass media.
Nad ranem 1 stycznia 1993 roku telewizja nadała w ostatnim wspólnym programie po raz ostatni hymn nie istniejącej od kilku godzin Czechosłowacji.
„Po sylwestrowej nocy oba nowe państwa obudziły się na potężnym kacu” – donoszono
w korespondencjach z Pragi i Bratysławy. Miał być to kac moralny polityków wobec zmuszonych siłą do rozwodu obywateli. Społeczeństwa obu republik zapewniano gorliwie, że „rozpad CSRF nie będzie odczuwany jako coś, co komplikuje codzienne życie”,
ale wystarczyło kilka tygodni, by i te obietnice okazały się fałszywe.
Pierwszą ofiarą rozwodu stała się wspólna waluta, która – według ustaleń z końca grudnia – miała istnieć jeszcze co najmniej pół roku. Tymczasem już 7 stycznia wiceprezes Banku Centralnego Czech, Miroslav Kerous, zarządził znakowanie banknotów znaczkami samoprzylepnymi, odróżniającymi korony czeskie od słowackich. Wbrew zapowiedziom
o priorytetowym charakterze stosunków z Republiką Słowacką, ich charakter od razu
po rozwodzie stał się chłodny, zgodnie ze stalinowską zasadą „w polityce nie ma sentymentów”.
Zacięte boje toczono w Czechach wokół przyszłych kompetencji prezydenckich, które według Vaclava Klausa powinny były zostać ograniczone wyłącznie do funkcji reprezentacyjnych (m.in. skreślenie prawa weta, zniesienie uprawnień do zawierania umów międzynarodowych). W Pradze mówiło się głośno, że ten spór wywodzi się ze starego konfliktu Klaus-Havel. Akcentem polskim w tym sporze było to, że Havel nazywany „nieodpowiedzialnym romantykiem” optował za jak najszybszym zbliżeniem z Polską, za zniesieniem wiz i współpracą we wszystkich dziedzinach, zaś Klaus był daleki od idei „Solidarności Polsko-Czechosłowackiej”.
Stosunki ze Słowacją miały być stabilne i poprawne, nic więcej. Żadnego kompromisu wobec własnych interesów. Silniejszy czeski partner takiej potrzeby w ogóle nie widział. Vaclav Klaus oficjalnie potwierdził brak zainteresowania Czechów bliższą „narzuconą przez zachód” integracją w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Republika Czeska dała jasno do zrozumienia, że nie chce być spadkobierczynią polityki zagranicznej CSRF.
Już bez Słowackiej kuli u nogi podjęli szybki marsz na zachód, z zamiarem znacznie szybszego dojścia do celu niż partnerzy z czworokąta. Premier Czeski stwierdził brutalnie, ale szczerze: „nie na tym wózku, nie na Wyszehradzie Czesi chcą wjechać do Europy”.
W połowie 1994 roku Czechy uchodziły za wzorowe państwo postkomunistyczne. Republice w brawurowym tempie dokonującej przemian ustrojowych i reform rynkowych, nie szczędzono pochwał zwłaszcza analizując dane statystyczne. Wyniki państwa za rok 1993 potwierdzały te opinie – budżet państwa uzyskał nadwyżkę 1,1mld koron, a rezerwy dewizowe osiągnęły rekordowy poziom ponad 6 mld dolarów. Było to możliwe dzięki m.in. czeskiemu modelowi przekształceń własnościowych. Po „małej” prywatyzacji w1993 roku, w ręce prywatne przeszło ok. 1000 zakładów, głównie browarów, hoteli, banków
i koncernów przemysłowych. Wówczas pod prywatnym zarządem znalazło się 57 proc. gospodarki, co uplasowało Czechy w czołówce wschodniej Europy. W kwietniu 1994 roku rozpoczął się ostatni etap prywatyzacji kuponowej, który miał doprowadzić do przejęcia 90 proc. gospodarki. Największym zainteresowaniem inwestorów cieszyły się zakłady chemiczne, gazownictwo i telekomunikacja. Niektóre wskaźniki dotyczyły jednak czysto iluzorycznych zmian form własności. Najlepszym tego przykładem było rolnictwo gdzie na 85 proc. gruntów gospodarowali właściciele prywatni, jednak najczęściej były to dawne spółdzielnie rolnicze występujące pod nowym szyldem spółek. Inne wskaźniki dowodziły, że przebudowa gospodarki postępowała w jak najlepszym kierunku: kurs dewizowy pozostał stabilny, wkłady w bankach handlowych wzrosły o 22,6 proc., a bilans płatniczy wykazał nadwyżkę 2,3 mld dolarów. Sami turyści, których w 1993 roku było 71 mln, pozostawili
w kraju 1,1 mld dolarów. Na początku 1994 roku zanotowano spadek bezrobocia, które wyniosło ok. 2,5-3 proc. W statystyce przeprowadzonej przez amerykański magazyn finansowy „Institutional Investor” oceniający warunki finansowe i polityczne 135 państw, Czechy zajęły 40 miejsce (1994 rok), podczas gdy Słowacja – 59.
Jednak pojawiały się krytyczne głosy ze strony opozycji. Zarzucano premierowi Klausowi, że polityka jego rządu prowadzi do zwiększenia konsumpcji kosztem rozwijania produkcji, co mogłoby poważnie zaszkodzić gospodarce.
Do połowy 1994 roku nie było w Czechach spektakularnych bankructw mimo, że produkcja wciąż spadała od pięciu lat. Sytuacja wielu Czeskich przedsiębiorstw była niejasna, jednak w obawie przed pojawieniem się masowego bezrobocia nie przeprowadzano selekcji słabych i nie rokujących nadziei zakładów. Wielkie przedsiębiorstwa borykały się z problemami przestarzałej struktury produkcji, niskiej jakości, spadku rodzimego popytu i brakiem doświadczenia w dziedzinie nowoczesnego zarządzania. Niski i stabilny kurs korony oraz niewysokie pensje stanowiły ochronę przed twardymi prawami wolnego rynku.
Szansę korzystnych inwestycji dostrzegł kapitał zagraniczny, głównie niemiecki. Doszło wręcz do „inwazji” na zachodnie Czechy i Pragę. Coraz wyraźniej było widoczne zainteresowanie ze strony Amerykanów. W praktyce zdarzały się kłopotliwe sytuacje, gdy np. niczym nie skrępowana działalność zagranicznych towarzystw lotniczych zagroziła upadkiem rodzimym liniom.
Pod koniec 1994 roku premier Czech Vaclav Klaus mógł się pochwalić, że jego kraj znacznie wyprzedził sąsiadów. Trzy wskaźniki wyglądały imponująco: inflacja nie przekraczała 10 proc. rocznie, stopa bezrobocia wyniosła zaledwie 3,15 proc., a budżet był zrównoważony. Amerykańska agencja ochrony wiarygodności kredytowej Standard
& Poors przyznała Czechom nawet notę wyższą niż Grecji – członkowi Unii Europejskiej. W tym samym roku wzrost osiągnął wartość 2,5 proc. Wciąż zmniejszał się udział przemysłu w PKB na korzyść usług – z 50,6 proc. w 1991 roku do 37,7 proc. w 1994 r. Cały czas i szybciej niż u sąsiadów spadał udział budżetu w dochodzie narodowym. Tymczasem pojawiały się sceptyczne głosy z zewnątrz. Brytyjski „The Economist” zauważył, że w wielu dziedzinach gospodarki uderza „zaskakujący niedostatek liberalizmu”. Chodziło przede wszystkim o utrzymywany sztucznie i metodami administracyjnymi niski poziom płac. Prywatyzacja była właściwie zabiegiem formalnym, przyniosła poza tym nie spotykane na świecie rozdrobnienie akcjonariuszy. Dwie trzecie przedsiębiorstw na 1994 rok było niewypłacalne, a 37 proc. przynosiło wyłącznie straty. Zadłużenie przedsiębiorstw oceniano na sumę od 150 mld koron (bank centralny) do 400 mld (niezależni eksperci). Wbrew wolnorynkowej retoryce rząd nadal dotował wiele nierentownych przedsiębiorstw, a przy tym nie likwidował zbędnych etatów. Najwięcej zmieniło się w dziedzinie handlu, usług
i bankowości. Zmieniła się też stolica kraju, stając się w ciągu kilku lat „Paryżem lat 90”. Praga mająca problemy z dołączeniem do Europy stara się przyciągnąć Europę do siebie. Naówczas w Pradze osiedliło się ok. 30 tys. Młodych ludzi z Europy zachodniej, oraz Stanów Zjednoczonych.
W styczniu 1995 roku wskaźniki mówiły, że już 65 proc. majątku narodowego
w Republice Czeskiej znajduje się w prywatnych rękach, podczas gdy w Polsce, Słowacji
i na Węgrzech – 55 proc. Na rok 1995 założono, że wskaźnik ten wzrośnie do 80 proc., przede wszystkim dzięki decyzji o wprowadzeniu prywatyzacji kuponowej i procesowi masowych restytucji. Chociaż prywatyzacja kuponowa nazwana została przez specjalistów z londyńskiej giełdy „oszustwem tysiąclecia”, dziś ocenia się ją raczej pozytywnie. W dwóch etapach, mieszkańców Czech obdarowano majątkiem 1804 przedsiębiorstw czeskich
i 61 federalnych, wartych 340 mld koron. Każdy pełnoletni obywatel mógł za 1000 koron nabyć tzw. książeczkę kuponową i za pośrednictwem funduszu prywatyzacyjnego lub osobiście – uzyskać udziały we wszystkich praktycznie działach gospodarki narodowej. Akcje pierwszej tury przyniosły swym nowym właścicielom nadspodziewanie wysokie zyski. Rynek kapitałowy ruszył z kopyta, a w Pradze zaczęto mówić „Co Czech to akcjonariusz”. W drugim etapie prywatyzacji wzięło udział ponad 6 mln osób.
Praska giełda mimo, że młodsza od warszawskiej dysponuje znacznie większą liczbą tytułów papierów wartościowych. Okres świetności przeżywała na początku 1994 roku, kiedy nastąpił boom cenowy, połączony ze znacznym napływem kapitału zagranicznego. Kuponovka przyniosła znaczną poprawę budżetów wielu czeskich rodzin. W gorszej sytuacji były prywatyzowane przedsiębiorstwa. Gospodarkę czekała radykalna restrukturyzacja przemysłu ciężkiego, materiało- i energochłonnych gigantów. Powstrzymywana wysokimi dotacjami fala bankructw i znaczne zadłużenie wielu przedsiębiorstw nie stanowiły jednak dla premiera Klausa poważnego problemu . Można było twierdzić, że niespotykane na świecie rozdrobnienie akcjonariatu powodowało, że nowi właściciele nie mają żadnego wpływu na funkcjonowanie „swoich” przedsiębiorstw, jednak pogłębiał się wciąż proces koncentracji majątku poprzez odkupywanie akcji.
CZESKI TYGRYS
(wzrost w proc.)
1992 1993 1994 1995 1996
PKB -6,4 -6,9 2,6 4,0 5,0
Produkcja przemysłowa -11,7 -5,3 2,3 6,5 5,0
Eksport 6,9 8,6 5,7 9,6 ?
Import 23,7 0,6 12,3 14,7 ?
Inflacja 11,1 20,8 10,1 9,0 7,0
Źródło: „Czeski prymus” – „Wprost” 22/96,
„Czeską drogę” charakteryzował również proces powszechnej restytucji majątku, który odebrano prywatnym właścicielom po 1948 r. Dotyczyło to obiektów przemysłowych, kamienic, jezior,lasów i budowli zabytkowych. W Czechach zachowało się ponad 2 tys. zamków, pałaców, ruin i twierdz. Było więc co oddawać. Tym bardziej, że od 1 listopada 1994 roku zwrotu majątku mogły się domagać również osoby zamieszkujące na stałe
za granicą. Wielu z nich otrzymało po 3-4 zamki, rozległe pola, lasy i jeziora. Prawdziwą tragedią dla czeskiej kultury okazała się restytucja zabytkowych przedmiotów artystycznych. Często zdarzało się bowiem, że nowy właściciel po otrzymaniu obrazów pochodzących z galerii narodowej, a namalowanych przez światowych mistrzów, natychmiast wystawiał je na sprzedaż.
Pod koniec 1995 roku ekskluzywny „klub” najwyżej rozwiniętych państw świata – OECD – przyjął Czechy do grona swoich członków. 22 stycznia 1996 po długich namysłach, odebranych jako grymasy kraju który zimno kalkuluje zyski i straty, Czechy złożyły podanie o przyjęcie do Unii Europejskiej. Tenże rok był szóstym z kolei rokiem
w którym została osiągnięta nadwyżka budżetowa, oceniana na 9,5 mld koron. Nadwyżka
z roku 1995 została zamrożona w banku centralnym aby uniknąć wzrostu inflacji.
Na początku października 1995 roku korona stała się pierwszą - w dawnym obozie socjalistycznym – walutą w pełni wymienialną przy transakcjach rachunku bieżącego. Nie dziwi więc fakt, że w listopadzie 1995 roku wiarygodność płatniczą Czech podniesiono
na londyńskiej City od razu o dwie kategorie, do najwyższej grupy A.
„Czechom udało się w ciągu pięciu lat to, co Niemcom po wojnie zabrało 20 lat” – napisano w „The Wall Street Journal”. Od 1995 roku Czechy nie mają długów zagranicznych. Dzięki zakończeniu drugiego etapu prywatyzacji kuponowej czeskie przedsiębiorstwa prywatne wytwarzały 70 proc. PKB. Ogromną zasługę w osiągnięciu tego stanu przypisywało się czeskiemu sposobowi prywatyzacji, zakończonej wiosną 1995 roku. Zdaniem komentatora „TWSJ”, rację miał Vaclav Klaus, który „nie zgadzał się ze strategią przyjętą w innych krajach Europy Wschodniej, gdzie rządy najpierw reorganizowały przedsiębiorstwa, a dopiero potem wystawiały je na sprzedaż”. Uważał on, że jeśli ktoś potrafi pokierować firmą to potrafi ją również zreorganizować.
W połowie 1996 roku odezwali się krytycy zbyt pochlebnego wizerunku Czech, wskazując, że niektóre wskaźniki makroekonomiczne wydają się nieco iluzoryczne.
Na przykład poziom bezrobocia, oceniany oficjalnie na 3 proc. w rzeczywistości oznaczał wysokie bezrobocie ukryte, „szarą strefę” i półlegalne podejmowanie pracy za granicą. Ceną jakie płaciło społeczeństwo za „czeski cud” był stosunkowo niski poziom życia i płace relatywnie niższe niż w Polsce i na Węgrzech.
Czesi nagle zaczęli tracić cierpliwość. Zaczęły rozszerzać się żądania podwyżki płac ożywiły się w końcu nieobecne jak dotąd w życiu politycznym związki zawodowe. Strajkami zaczęli grozić lekarze żądający 100 procentowej podwyżki, ale także nauczyciele, górnicy i kolejarze. W strategii premiera Klausa utrzymywanie niskich płac służyło przede wszystkim akumulacji kapitału. Innym celem była walka z bezrobociem – niskie płace nie skłaniały ani przedsiębiorstw państwowych, ani prywatnych do redukcji zatrudnienia.
Gwałtowne zachwianie kursu korony pod koniec maja 1997 roku wywołało szok,
a w języku polityków pojawiło się starannie unikane słowo „kryzys”. Granicę dopuszczalnych wahań kursu trzeba było zwiększyć z 0,5 proc. do 7,5 proc. już w 1996 roku, jednak prawdziwa katastrofa nastąpiła pod koniec maja 1997 roku – wartość korony bez względu na urzędową „zaporę” zaczęła gwałtownie topnieć. Koniecznością stała się dewaluacja korony o 20-25 proc.
Załamanie się kursu czeskiego pieniądza stało się wyraźnym objawem choroby tamtejszego modelu transformacji, ale nie był to jedyny jej symptom. Czesi stale informowani o niewiarygodnie dobrym stanie gospodarki swego kraju – nagle dowiedzieli się, że ich państwo jest zadłużone na 18,3 mld USD. Planowane tempo wzrostu spadło
do 2,7 proc. w skali rocznej, a w rzeczywistości pierwsze miesiące 1997 roku przyniosły nawet spadek produkcji przemysłowej, gdy tymczasem nadal wzrastały płace. Przyspieszenie inflacji było już tylko kwestią czasu. Pogłębiający się deficyt zagroził stabilności budżetu – na cały rok w państwowej kasie planowano niedobór w wysokości 1,7 mld koron, ale już na początku kwietnia 1997 r. brakowało 10 mld. Równie niepokojący stał się deficyt w handlu zagranicznym, który pod koniec 1997 roku przewidywano na 220 mld koron. Coraz głośniej zaczęto mówić o słabości „kuponowej” prywatyzacji – w jej efekcie nie powstała grupa rzeczywistych właścicieli denacjonalizowanego majątku. 19 kwietnia 1997 roku rząd Vaclava Klausa ogłosił program naprawczy, który zakładał zredukowanie wydatków budżetowych o 5 proc., ograniczenie wydatków na rozwój infrastruktury i armii, zmniejszenie rezerwy budżetowej o połowę, wprowadzenie ścisłej kontroli dużych zamówień publicznych. Zahamowaniu wzrostu importu dóbr konsumpcyjnych służyć miał obowiązek składania na nie oprocentowanym koncie bankowym zastawu w wysokości 20 proc. wartości sprowadzanych towarów. Wszystko to miało zapobiec dewaluacji korony. Tymczasem jedną z przyczyn masowego wyzbywania się koron, a w rezultacie spadku wartości waluty narodowej stała się powszechna obawa, że skutkiem naprawczych działań rządu będzie dewaluacja.
Vladimir Dlouhy, popularny minister gospodarki, niespodziewanie oświadczył, że do końca 1997 roku zamierza opuścić Radę Ministrów. Sytuację dodatkowo utrudniało rosnące niezadowolenie społeczne. Wprawdzie Klaus, którego opozycja oskarżała o „arogancję”
i „liberalny dogmatyzm”, nie zwykł się uginać przed głosem ulicy, ale demonstracje niezadowolonych należały jak dotąd do rzadkości. Teraz co kilka dni protestują nauczyciele, kolejarze i pracownicy służby zdrowia, której fatalny stan pogłębia społeczne rozczarowanie. Największą frustrację wywołuje jednak wspomnienie obietnic polityków, którzy kilka lat temu zapowiadali, że budowa kapitalizmu nad Wełtawą będzie mniej bolesna niż w innych państwach Europy Środkowej.
Na podstawie :
„Wprost”, „Polityka”, „Gazeta Wyborcza” z lat 1993 – 1997
Niektóre artykuły : „Bez orzekania o winie” – Wprost 2/93, „Lekcja niemieckiego” – „Wprost” 7/93, „Czeski błąd” – „Wprost”. 24/97, „Czeski prymus” – „Wprost” 22/96, „Razem ale osobno” – „Wprost” 27/93, „Droga do niepodległości” – „Wprost” 27/93, „Triumf pragmatyzmu” – „Wprost” 6/96, „Czeska droga” – „Wprost” 12/95, „Wszystko na sprzedaż” – „Wprost”5/95, „Walizeczka” – „Wprost”5/95, „Reforma kontrolowana” – „Wprost”51/94, „Królestwo Vaclavów” – „Wprost” 27/94, „Cenzurka prymusa” – „Wprost” 27/94